grobowym noszącym nr 14 f pochowano 259 Rosjan i 18 Niemców. Wśród nich jest znanych z nazwiska tylko 18. Niemcy pochodzą z 46 pułku piechoty pruskiej wchodzącego w skład 119 bawarskiej dywizji piechoty. Aby dojść do następnej mogiły masowej musimy wyjść na drogę biegnącą skrajem lasu w kierunku południowym. Ona będzie nas prowadzić podczas całej wędrówki. Stojąca pod urokliwymi sosnami kapliczka wskaże nam, gdzie w gąszczu szukać mogiły. Ta kwatera masowa oznaczona nr 14 e kryje 32 bezimiennych Rosjan, następna 14 d -35, potem 14 c- 27, 14 b-53. Potem idąc od samo-tnego gospodarstwa tak że mamy jar potoku z lewej dochodzimy do miejsca, gdzie droga ta przechodzi na jego druga stronę, wtedy wśród roślinności szukamy wysokiego krzyża drewnianego z metalową glorią w kształcie korony cierniowej.To jedyny ślad wielkiego pola grobowego składającego się z 50 mogił pojedynczych i rzędowych. Kryją one szczątki 83 poległych Niemców, w tym 9 podoficerów i 3 oficerów. Pochodzą oni z 46 rezerwowego pułku piechoty pruskiej (PRIR 46) Poznań-Września, 48 pułku piechoty pruskiej (PIR 58 )-Głogów. Jak możemy się domyślić w spisie poległych znajdziemy wiele nazwisk polskich naszych rodaków służących w armii pruskiej. Wszyscy oni polegli w czasie tych śmiertelnych walk 4 V 1915 r.
Dziś to miejsce jest najbardziej zaniedbanym cmentarzem wojennym na terenie całej polskiej Galicji. Należy mieć jednak nadzieję że władze UG Dębowiec zajmą się kiedyś i tą kwaterą po skończeniu remontu innych kwater rozsianych po tym lesie. A trzeba przyznać że robią to konsekwentnie i rzetelnie w miarę otrzymywanych środków z UW Rzeszów. Kiedy tak będziemy wędrować po tej wojennej kalwarii zatrzymajmy się na chwilę i posłuchajmy szumu sosen, może wśród nich wyłapiemy dalekie echo bitewnej wrzawy.
Z tym cmentarzem jest związana taka opowieść którą usłyszałem podczas swych wędrówek od p. Staniszewskiej w której domu ten wypadek miał miejsce: W maju 1915 r. Kiedy wojska rosyjskie okopały się za naszym domem, nad Połuszka szykowaliśmy się do ucieczki, ale uderzenie wojsk niemieckich było tak gwałtowne że nie zdążyliśmy. Po dwukrotnym szturmie na karabiny maszynowe Rosjan, Niemcy za cenę dużych strat opanowali Cieklin. Na polach wokół cudem ocalałego domu leżeli zabici i ranni. Cały dom został zajęty na szpital dla rannych, którzy nie nadawali się do ewakuacji. Jeden z nich wysokiej rangi oficer, śmiertelnie rany, porozumiał się z gospodarzem a moim ojcem. Porozumiewano się za pomocą gestów ojciec nie znał niemieckiego. Prosił on, aby po śmierci nie zabierać mu drogich pamiątek, jakie miał w kieszeni bluzy mundurowej. Prosił też ojca, aby dobrze pamiętał, gdzie zostanie pochowany, bo tu przyjedzie jego rodzina po ciało. Chciał by pochować go w mogile bratniej na wierzchu tak, aby go było łatwo odnaleźć. Gdy zmarł, wyniesiono go pod las zawiniętego w koc. Po chwili grupa sanitariuszy maruderów chciała obrabować tego oficera, na co tato nie chciał pozwolić, pomny obietnicy jaką złożył. Nastąpiła sprzeczka która mogła się źle skończyć dla ojca, ale nadszedł na to kapelan wojskowy z proboszczem parafii Cieklin i zażegnał spór. Na drugi dzień oddział grabarzy przystąpił do chowania ciał. Na nic zdały się prośby ojca nie pozwolono mu asystować przy pogrzebie, choć żołnierze obiecali, że wykonają jego polecenie dotyczące pochowania zwłok. Gdzieś po miesiącu przyjechała żona z córką tego oficera i według wskazówek próbowano odszukać ciało. Niestety żołnierze nie dotrzymali slowa. Rodzina smutna wyjechała do Jasła. Zapadł zmrok. Wyszedł księżyc, noc była jasna jak w dzień. Około godz. 23 ojciec zamknąwszy dom, spuścił dużego psa i położył się na łóżku. Po chwili, gdy tak leżał skrzypnęły drzwi był pewien, że to ktoś z domowników wychodzi za potrzebą. Nagle w blasku promieni księżyca zobaczył obok swego łóżka owego oficera ubranego jak na paradę, salutującego. Ścierpł